Łukasz Madej: Zamierzałem dotrzymać słowa, jednak ŁKS mnie nie chce

Piątek, 29 czerwca 2018


Wychowanek ŁKS wielokrotnie podkreślał, że przy al. Unii chce zakończyć piłkarską karierę. Tak się najpewniej nie stanie. – Żadnej oferty i propozycji powrotu od działaczy ŁKS nie otrzymałem. Niewykluczone, że ta sytuacja przyspieszy moją decyzję o zakończeniu kariery – mówi nam Łukasz Madej.



W internecie można zobaczyć filmy, na których trenuje pan z piłką, na pełnych obrotach. Po kontuzji nie ma już śladu?

Łukasz Madej: Jestem zdrowy, wszystko jest w porządku. Od miesiąca wykonuję ćwiczenia z piłką. Nadaję się do gry i normalnych treningów.

Wiadomo w jakim klubie będzie pan występował w zbliżającym się sezonie?

Jeszcze nie wiem. Planowałem, że moim ostatnim klubem będzie ŁKS. Tu się wszystko rozpoczęło i tu się miało zakończyć. To było moje marzenie, co zawsze podkreślałem w wywiadach. Propozycji gry od działaczy jednak nie otrzymałem i nie zanosi się, by taka była. W tej chwili zastanawiam się, czy chcę jeszcze grać w innym klubie niż ŁKS. Rozważam nawet zakończenie kariery. Co prawda mam kilka ofert, ale nie chcę się rozdrabniać. Daję sobie jeszcze trochę czasu na ostateczną decyzję. Nie ukrywam, że ciągnie mnie na boisko. Nie po to tak ciężko pracowałem w czasie rehabilitacji, a i energii we mnie jeszcze sporo.

Czyli brak zainteresowania ze strony działaczy ŁKS może przyspieszyć pana decyzję o zakończeniu kariery?

Kiedyś założyłem sobie, że wrócę do mojego klubu, z którym zawsze się identyfikowałem i nadal będę. Nie chce mi się już tułać po Polsce. Zresztą wielokrotnie obiecywałem to kibicom. Nie chcę, żeby ktoś kiedykolwiek zarzucił mi, że byłem kolejnym piłkarzem, który dużo gadał, a nie dotrzymał słowa. Ja swoje chciałem dotrzymać. Stało się inaczej. Od razu zaznaczam, że nie chodzi tu o wynagrodzenie, moje wymagania wcale nie są wygórowane. Mnie o pieniądze w ogóle nie chodzi. Co miałem zarobić w piłce, już zarobiłem. Co miałem stracić, już straciłem.

W ogóle nie było tematu pana powrotu do ŁKS?

Zimą rozmawiałem z dyrektorem Przytułą. Było zainteresowanie, ale to była luźna rozmowa towarzyska, bez żadnych konkretów. Pytał się, czy kiedyś wrócę. Stwierdziłem, że oczywiście. Rozmawialiśmy również o zorganizowaniu na ŁKS turnieju dla kibiców, podobnego do tego, który odbywa się w Częstochowie. Grają w nim zawodnicy z ekstraklasy, byłe gwiazdy, spodobało mi się to i chciałem coś podobnego zorganizować w Łodzi. Niestety doznałem kontuzji i nie miałem do tego głowy. Rehabilitacja zajmowała mi większość czasu. Później widywaliśmy się na meczach ŁKS w rundzie wiosennej, ale ponownie do żadnych konkretów nie doszło.

Ma pan żal do działaczy ŁKS?

Każdy wie kim jestem, co potrafię, mimo swoich 36 lat i kontuzji, która mi się przytrafiła. Dałbym sporą jakość tej drużynie. ŁKS wziąłby chłopaka, który zawsze się utożsamiał z tym klubem. Gdy strzelałem bramkę w Chorzowie dla Górnika, to kibice krzyczeli „jebać ŁKS”, jak zdobyłem bramkę na Widzewie w barwach Śląska, to cały stadion krzyczał „jebać Madeja” nie dlatego, że byłem piłkarzem Śląska, tylko dlatego, że jestem wychowankiem ŁKS. Gdy grając w GKS Bełchatów siedziałem w studio Canal Plus z ekspertem Przytułą i Darkiem Pietrasiakiem, apelowałem do prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej, żeby wybudowała stadion dla ŁKS. Od dziecka utożsamiałem się z tym klubem. Zawsze będę częścią tej ełkaesiackiej rodziny. Wiem, że nie jestem legendą ŁKS. Są nimi Marek Chojnacki, Jan Tomaszewski, czy piłkarze, którzy zdobywali mistrzostwa Polski. Ja trafiłem na takie czasy, gdzie ten klub przechodził różne problemy. Czy mam żal? Trochę pewnie tak. ŁKS zyskałby doświadczonego piłkarza. Dwa trzy lata spokojnie mógłbym grać na wysokim poziomie, a także być wsparciem dla młodych chłopaków. W ostatnim czasie kibice często pytają mnie „Łukasz, wracasz?”, a ja mogę im tylko odpowiedzieć, „Nie chcą mnie”. Przykre, ale takie jest życie i muszę się z tym pogodzić. Jednocześnie chcę podziękować kibicom ŁKS za wparcie w czasie trudnego dla mnie ostatnio okresu i rehabilitacji. Na każdym kroku spotykałem się z ich życzliwością i wsparciem. To w dużej mierze dzięki nim dostałem kopa i jeszcze większą motywację do ciężkiej pracy.

A gdyby teraz zadzwonił ktoś z ŁKS?

Tak jak wielokrotnie powtarzałem. Moim marzeniem jest zakończenie kariery w ŁKS. Gdybym wrócił, z pewnością nie po to, żebym odcinał kupony. Tylko po to, żeby ciągnąć ten wózek. Wiem, że przydałbym się tej drużynie, dał jej dużo jakości. Nie ukrywam, że czekałem na to, by ktoś z klubu do mnie zadzwonił. Nie doczekałem się. Może chodzi o inne sprawy, może Madej komuś nie pasuje? Odbiegnę trochę od tematu. Pamiętam, gdy prezesem ŁKS był Daniel Goszczyński. Grałem w ekstraklasie, a on dzwonił do mnie po kilka razy i namawiał, żebym przyszedł do pierwszej ligi i pomógł w walce o ekstraklasę. Tyle było tych telefonów, że aż głupio było mu odmówić. Miał swoje marzenia, widać było, jak ten facet za wszelką cenę chciał wszystkich ełkaesiaków ściągnąć do klubu. Mnie, Sypniewskiego, Niżnika, Kłosa, wyczuwało się, że mu na nas zależy. Ten klub zawsze miał łódzką tożsamość, to jest Łódzki Klub Sportowy. Klub, w którym zawsze grali wychowankowie. Oczywiście, czasy się zmieniły, piłka poszła do przodu i na samych wychowankach nie można opierać kadry. ŁKS musi mieć ludzi z zewnątrz, bo taka jest kolej rzeczy. Jednak dla Goszczyńskiego, który również miał swoich podpowiadaczy, wszyscy byliśmy ważni. Doskonale wiedział, że utożsamiamy się z tym klubem i oddamy za niego serce. Miał rację. Zrobiliśmy awans do ekstraklasy, utrzymaliśmy go w najwyższej klasie rozgrywkowej. Teraz nie odczułem, że ktoś na mnie czeka. Za Goszczyńskiego wszyscy wiedzieliśmy, że przy al. Unii jest nasz dom. Port, do którego kiedyś dobijemy. Bez względu jak potoczą się moje losy, ŁKS zawsze będzie moim klubem, zawsze będę ełkaesiakiem i zawsze będę trzymał za niego kciuki. Gdy przychodzę na mecze, czuję się wśród kibiców i byłych piłkarzy jak w rodzinie.

Myśli pan o przyszłości?

Mam kilka planów, niektóre z nich są bliskie realizacji. Moim marzeniem jest zostanie menedżerem. Ale nie takim, który przyjdzie, skasuje kasę i pójdzie. Ale takim, który rozmawia z piłkarzami, analizuje co można zrobić lepiej. Mam pomysł na to. Nie spieszy mi się jednak, bo ciągnie mnie do piłki. Nie jestem zdecydowany, czy to już jest koniec, czy jeszcze nie. Za dużo mam w sobie energii, żeby powiedzieć dość. Szkoda mi pracy, którą wykonałem podczas rehabilitacji.

Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ: