Eddy Dombraye: Łódź to fajne miasto, a fani ŁKS byli wspaniali

Poniedziałek, 30 lipca 2018


Nigeryjski zawodnik trafił do ŁKS w 1998 roku z Iwuanyanwu Nationale. W łódzkim klubie ostatnie spotkanie rozegrał w rozgrywkach o Puchar Polski przeciwko Polonii Warszawa we wrześniu 2000 roku. Choć grał na pozycji napastnika zdobył zaledwie dwie bramki, w tym pamiętną w spotkaniu z GKS Katowice (3:2), która pogrążyła gości a zespołowi z al. Unii zagwarantowała utrzymanie. Jak twierdzi, nie była to jego nominalna pozycja.



Jak to się stało, że trafił pan do ŁKS?

Eddy Dombraye: Po dobrym sezonie w lidze nigeryjskiej mój menedżer postanowił poszukać mi klubu w Europie. Zgłosił się m.in. do ŁKS, który wyraził zainteresowanie i tak trafiłem do Łodzi. Z tym wiąże się śmieszna historia. W Nigerii co prawda strzeliłem sporo goli, ale grałem jako ofensywny pomocnik. Trenerzy ŁKS uznali, że skoro potrafię zdobywać bramki, to będę występował na pozycji napastnika. Więc zostałem przesunięty do ataku. Niby bliżej do pola karnego rywala, ale w moim przypadku nie przyniosło to spodziewanego efektu.

Który mecz najbardziej utkwił panu w pamięci?

Pierwszy, bo zadebiutowałem w ŁKS w spotkaniu derbowym. Grałem wtedy około 75 minut. Mimo że przegraliśmy 0:1, to uważam, że zaprezentowałem się z niezłej strony. Oczywiście mogło być lepiej, ale spotkanie odbywało się w połowie listopada, pogoda nie była sprzyjająca, dla mnie było trochę za zimno. W końcu przyjechałem z Afryki (śmiech). To był fajny mecz, gra była intensywna, ale najbardziej zapamiętałem fanów ŁKS i ich doping. Wcześniej nie miałem styczności z tak fantastycznie reagującą publicznością.

W kolejnym meczu przeciwko Odrze Wodzisław strzelił pan swojego pierwszego gola dla ŁKS

Szczerze, to bardziej pamiętam drugą zdobytą bramkę, przeciwko GKS Katowice. Trudno zresztą zapomnieć to trafienie, bo było kuriozalne. W końcowych minutach spotkania, przy stanie 2:2, oddałem strzał. Nie wyszedł mi kompletnie, piłka zmierzała obok słupka. Nie spodziewałem się tego, co się później wydarzyło. Golkiper rywali postanowił interweniować. Zrobił to tak dziwacznie, że sam sobie wrzucił piłkę do bramki. Najdziwniejszy gol w mojej karierze.

W kolejnym sezonie goli już nie było, był natomiast spadek ŁKS z ekstraklasy

To nie był nasz najlepszy sezon. Dużo rzeczy się na to złożyło, ale minęło już tyle czasu, że nie ma sensu do tego wracać. Przeszedłem do Stomilu Olsztyn. Przed powrotem do Nigerii wróciłem jeszcze na chwilę do ŁKS, ale był to taki okres w mojej karierze, że chciałem skończyć z piłką. Miałem wtedy oferty z nigeryjskich lig i kilka ofert z europejskich klubów, ale nie chciałem grać. Wytrzymałem rok bez piłki i zdecydowałem przenieść się na Ukrainę. Zostałem zawodnikiem Wołynia Łuck, a w sumie w lidze ukraińskiej występowałem przez sześć sezonów. Z powodu kontuzji musiałem zakończyć karierę.

Sprawdza pan czasem co się dzieje w ŁKS?

Tak, szczególnie po weekendzie sprawdzam jakim wynikiem zakończył się mecz z udziałem ŁKS. Wiem, że awansowali do pierwszej ligi i wygrali na inaugurację rozgrywek, a drugie spotkanie przegrali. Śledzę wyniki i kiedy przegrywają, wkurzam się. Ze wszystkich zespołów w których występowałem, najbardziej cieszyła mnie gra w ŁKS. Łódź to miłe miasto, a fani byli wspaniali. Z tamtego okresu wciąż mam kontakt z Austinem Hamletem i często wspominamy stare czasy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wielu kibiców może mnie już nie pamiętać, a młodsi nawet nie wiedzą, że taki zawodnik występował kiedyś w ich klubie.

Czym się pan teraz zajmuje?
Obecnie mieszkam na Ukrainie. Za kilka miesięcy otrzymam licencję trenerską UEFA A. ŁKS nie potrzebuje trenera? (śmiech).

Fot. Archiwum prywatne



DODAJ KOMENTARZ: