Co Poczobut zdobył, to Zieleniecki oddał. Widzew – GKS Katowice 1:1

Sobota, 19 października 2019


W Łodzi doszło do starcia dwóch czołowych zespołów drugiej ligi. Emocje były, ale zdecydowanie większe w pierwszej połowie. Po zmianie stron widowisko nie było już tak porywające. Mecz zakończył się remisem, który nie krzywdzi żadnej z drużyn.



Zespół z Katowic przez wiele lat nieskutecznie walczył o powrót do ekstraklasy. W ubiegłym sezonie po raz kolejny uznawany był za jednego z głównych kandydatów do awansu. Niepodziewanie sezon zakończył się nie promocją do wyższej ligi, a spadkiem. Na drugoligowym froncie GKS radzi sobie przyzwoicie. Przed spotkaniem z Widzewem zajmował trzecią lokatę.  Piłkarze trenera Rafała Góraka wygrali pięć ostatnich ligowych meczów, o jeden więcej od łódzkiego zespołu. – Nie obawiamy się Widzewa, jedziemy tam z założeniem zabrania pełnej puli – mówił przed sobotnim starciem pomocnik Maciej Stefanowicz.



Trener Marcin Kaczmarek nie eksperymentował ze składem. Czwarty raz z rzędu postawił na tych samych piłkarzy w wyjściowej jedenastce. Początek spotkania pokazał, że szkoleniowiec miał rację. Łodzianie przejęli inicjatywę, konstruowali groźne akcje, ich gra mogła się podobać. Rozpoczęli może mało imponująco, od niecelnego uderzenia Konrada Gutowskiego, ale później było coraz lepiej. W 7. minucie były zawodnik GKS – Bartłomiej Poczobut, otworzył wynik meczu. Pomocnik przejął wybitą przez obrońcę piłkę i uderzeniem z półwoleja nie dał szans na skuteczną interwencję Bartoszowi Mrozkowi. Wydawało się, że gospodarze pójdą za ciosem. Katowiczanie prezentowali się słabiutko, nie potrafili wymienić kilku celnych podań, a długie zagrania nie przynosiły żadnego efektu. Goście mieli spore problemy z opuszczeniem swojej połowy boiska. W 13. minucie ponowie Poczobut mógł pokonać Mrozka, ale tym razem piłka po jego strzale poszybowała nad poprzeczką. Chwilę później próbę podjął Gutowski, słabą i również niecelną. Szansę miał jeszcze Daniel Tanżyna, tym razem bramkarza GKS wyręczył Arkadiusz Woźniak.


Widzew nie zdobył drugiej bramki i oddał pole gry rywalowi. GKS zaczął prezentować się zdecydowanie lepiej, niż w początkowych minutach. Przyjezdni doprowadzili do remisu, wykorzystując fatalne zagranie Sebastiana Zielenieckiego. Środkowy obrońca tak zagrywał piłkę głową do Wojciecha Pawłowskiego, że ta trafiła do Dawida Rogalskiego, który skorzystał z prezentu. Bramkarz Widzewa nie dał się natomiast pokonać innym piłkarzom GKS: Grzegorzowi Rogali i Kacprowi Michalskiemu. Z kolei w końcowych minutach Mrozek nie miał zbyt wiele pracy.


Początek drugiej odsłony to kolejny błąd Zielenieckiego, tym razem naprawiony przez Mateusza Możdżenia. W 52. minucie zawodnicy GKS domagali się „jedenastki”, za przewinienie na Szymonie Kiebzaku, arbiter podyktował jednak rzut wolny sprzed linii pola karnego. Stały fragment gry nie przyniósł żadnej korzyści przyjezdnym. Łodzianie w tym czasie więcej zanotowali nieprzepisowych zagrań, niż ciekawych akcji. Momentami gospodarze nie mogli wydostać się z okolic swojego pola karnego. W 57. minucie Widzew w końcu przeprowadził wzorcową akcję. Łukasz Kosakiewicz przebiegł z piłką kilka metrów i zagrał do Przemysława Kity. Futbolówka ponowie trafiła do Kosakiewicza, a ten z szesnastego metra nie trafił w bramkę. Zabrakło centymetrów. W odpowiedzi próbował Michalski, a do statystyk doszedł niecelny strzał. Kolejną próbę podjął Kosakiewicz i kolejne pudło. Podobnie po uderzeniu Gutowskiego. Łodzianie dużo strzelali z dystansu, ale gra im się nie kleiła.


Łodzianie po przerwie nie błyszczeli. Trener Kaczmarek dokonywał zmian, ale nie poprawiły one sytuacji na boisku. Kibice spore nadzieje wiązali z pojawieniem się na murawie Christophera Mandiangu , który zmienił niewidocznego Daniela Mąkę.


Ten natychmiast po wejściu próbował dać Widzewowi prowadzenie, jednak Mrozek obronił jego strzał. W drużynie gości pokazać się chciał inny rezerwowy, znany z występów w GKS Bełchatów – Łukasz Wroński, lecz chybił. W 81. minucie ponownie Mandiangu i bramkarz GKS z trudem wybił piłkę na rzut rożny.


W końcowych minutach spotkania często dochodziło między zawodnikami obu zespołów do spięć. Arbiter Marcin Kochanek nie mógł zapanować nad temperamentem piłkarzy. W 85. minucie mogło być 2:1 dla gospodarzy. Spudłował jednak Marcin Robak. Trzy minuty później nie tylko mogło, ale powinno być drugie trafienie dla łodzian. Mandiangu znakomicie obsłużył Kitę, który fatalnie przestrzelił. Jeżeli nie wykorzystuje się takich okazji, to nie ma co liczyć na komplet punktów.


Widzew Łódź – GKS Katowice 1:1 (1:1)
Bramki:
Poczobut 7. – Rogalski 29.

Widzew: Pawłowski – Kosakiewicz, Tanżyna, Zieleniecki, Kordas (65. Pięczek) – Mąka (75. Mandiangu), Możdżeń (69. Radwański), Poczobut, Gutowski (80. Ameyaw) – Kita, Robak.

Fot. Widzew Łódź



DODAJ KOMENTARZ: