Wolsztyński bohaterem Widzewa. Wejście smoka napastnika

Sobota, 26 października 2019


Mecz Stali Stalowa Wola z Widzewem nie należał do najpiękniejszych. Przez większość spotkania działo się niewiele ciekawego. Łodzianie do domu wracają jednak z kompletem punktów. Rafał Wolsztyński zanotował wejście smoka.



Po remisie u siebie ze znajdującym się w czołówce GKS Katowice, piłkarze Widzewa udali się do Boguchwały na mecz ze Stalą Stalowa Wola. Rywal nie wydawał się groźny. Gospodarze po rozegraniu 14 spotkań zajmowali miejsce spadkowe, z tylko jednym punktem przed własną publicznością. W poprzednim sezonie łodzianie mieli jednak duże problemy z tym rywalem. Na wyjeździe polegli 0:3, a na stadionie przy al. Piłsudskiego padł bezbramkowy remis. – Widzew dobrze radzi sobie w tym sezonie. My jednak ostatnio prezentujemy się lepiej niż na początku sezonu i chcemy wydostać się ze strefy spadkowej – mówił przed spotkaniem pomocnik Stali Robert Dadok.



W porównaniu z pojedynkiem z GKS Katowice trener Marcin Kaczmarek dokonał dwóch zmian w wyjściowej jedenastce. W miejsce pauzującego za kartki Łukasza Kosakiewicza zagrał Łukasz Turzyniecki, natomiast słabo prezentującego się na środku defensywy Sebastiana Zielenieckiego zastąpił Sebastian Rudol. Początek spotkania to sporo niedokładności, złych wyborów i mało klarownych sytuacji. Widzew sporo dośrodkowywał w pole karne Stali, bez większego zagrożenia. W 16. minucie zakotłowało się pod bramką gości. Piotr Mroziński trafił w słupek, a dobitkę zatrzymał Daniel Tanżyna. To w zasadzie jedyna godna odnotowania sytuacja w tym okresie gry. Dużo było nieprzepisowych zagrań, a mało konkretów pod bramką rywala.

Czas płynął, a na boisku działo się niewiele ciekawego. W 32. minucie na strzał z dystansu zdecydował się Daniel Mąka, mocno jednak się pomylił. Łodzianie uzyskali lekką przewagę, ale nie wynikała ona z dobrej postawy, a z taktyki gospodarzy, którzy woleli czekać na to co zrobią rywale i ewentualnie próbować kontratakować. Nudy. Ciekawiej było w komentarzach na Twitterze.










Arbiter Marek Śliwa postanowił poznęcać się nad kibicami i przedłużył nudną pierwszą odsłonę o minutę. Po 60 sekundach piłkarze udali się do szatni na przerwę. Po zmianie stron było nieco ciekawiej. W 50. minucie Krystian Kalinowski obronił uderzenie Marcina Robaka, a chwilę później niecelnie z dystansu uderzał Mateusz Możdżeń. Jeżeli ktoś miał nadzieję, że w drugiej połowie mecz nabierze tempa, mocno się zawiódł. Ponownie sporo było fauli, niedokładności, a mało piłkarskich fajerwerków. W 66. minucie Stal mogła jednak objąć prowadzenie. Po dośrodkowaniu z narożnika pola karnego Michał Płonka przestrzelił z pięciu metrów. Uderzenie głową minęło bramkę. Podobnie jak strzał Przemysława Kity w 71. minucie z około ośmiu metrów. Dwie minuty później napastnik Widzewa ponownie się pomylił.


W końcówce spotkania łodzianie zdobyli zwycięską bramkę. Jej autorem był rezerwowy Rafał Wolsztyński, który zmienił Kitę. Napastnik dobił uderzenie Tanżyny, które przed siebie wybił bramkarz Stali.



Stal Stalowa Wola – Widzew Łódź 0:1 (0:0)

Bramka:
Wolsztyński 88.

Widzew: Pawłowski – Turzyniecki, Rudol, Tanżyna, Kordas – Mąka (66. Mandiangu), Możdżeń (80. Radwański), Poczobut, Gutowski (90.+1 Pięczek) – Kita (82. Wolsztyński), Robak.

Fot. Widzew Łódź



DODAJ KOMENTARZ: