Cecherz rozważał pozostanie w domu. Może i powinien w nim zostać

Sobota, 05 sierpnia 2017


Największym przegranym sobotniego meczu w Sulejówku jest Przemysław Cecherz. Gdyby wygrał, pożegnałby się z klubem z podniesioną głową. Teraz nikt nie będzie za nim płakał – oprócz najbliższych rywali Widzewa.



Ostatnie dni nie były dla Cecherza najłatwiejsze. We wtorek otrzymał informację, że jego czas w Widzewie dobiegł końca. – Najgorszemu wrogowi nie życzę takiego tygodnia pracy, jaki mnie spotkał. Więcej było rozmów o tym, co będzie, a nie pracy i przygotowań do spotkania – stwierdził na konferencji prasowej Cecherz.

Szefowie klubu z al. Piłsudskiego popełnili błąd. Jeśli zdecydowali się na zmianę trenera, powinni dokonać tego przed spotkaniem. W momencie, gdy rozpoczął się szum medialny wokół jego osoby. A tak wysłali na inaugurację rozgrywek człowieka, który wiedział, że co by się nie stało, to żegna się z posadą. – Zastanawiałem się, czy nie oddać L4 i w ogóle nie jechać na to spotkanie. Podjąłem jednak decyzję, że jak ginąć, to w mundurze – przyznał Cecherz.

Pewne jest, że w Sulejówku zginął tylko Cecherz. Nowy trener wjedzie do klubu na białym koniu. Będzie opowiadał, że porażka z Victorią nic nie oznacza. Zapewni, że pod jego wodzą drużyna skutecznie powalczy o awans. Działacze nie będą musieli tłumaczyć się ze swojej decyzji, tłumaczy ją wynik z beniaminkiem. Natomiast piłkarze wygrywając w następnej kolejce ze Świtem, zostaną przez kibiców rozgrzeszeni. A Cecherzowi pozostało na zakończenie pracy w Widzewie opuścić głowę i stwierdzić. – Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, przyjeżdżając do Sulejówka?

Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ:

Kto jest większym przegranym sezonu 2016/17?
 Widzew Łódź
 ŁKS Łódź
 » głosuj