Robert Kolendowicz: W żadnym klubie nie grałem tak dobrze jak w ŁKS

Czwartek, 05 października 2017


Latem 2006 roku pomocnik trafił do ŁKS, bo trener Orest Lenczyk nie widział dla niego miejsca w GKS Bełchatów. W łódzkim klubie szybko wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie. Spisywał się na tyle dobrze, że otrzymał powołanie od Leo Beenhakkera na mecz towarzyski ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Po rundzie jesiennej odszedł z klubu z al. Unii, pół roku później świętował tytuł mistrzowski z Zagłębiem Lubin.



Jak wspomina pan swój pobyt w ŁKS Łódź?

Robert Kolendowicz: Fantastycznie. Niedawno analizowałem swoją karierę. Był to dla mnie fenomenalny czas pod względem sportowym. W żadnym klubie nie grałem tak dobrze jak w ŁKS. Czułem się znakomicie, co pokazywałem na boisku. Udana runda jesienna zaowocowała powołaniem do reprezentacji Polski i występem przeciwko Zjednoczonym Emiratom Arabskim. Ogólnie był to dla mnie dobry czas. Wtedy urodziła się moja pierwsza córka. Także zarówno pod względem sportowym, jak i rodzinnym, pobyt w Łodzi miło wspominam.
 
Skoro było tak dobrze, to dlaczego w przerwie zimowej przeszedł pan do Zagłębia Lubin?

Pojawiła się perspektywa walki o coś więcej. Po zakończeniu rundy jesiennej chciały mnie praktycznie wszystkie kluby z czołówki. Nigdy wcześniej nie miałem możliwości gry o najwyższą stawkę. To był mój cel, powalczyć o mistrzostwo, zagrać w europejskich pucharach. Wiedziałem, że mam swoje pięć minut i muszę je wykorzystać. Zanim jednak podjąłem decyzję o odejściu z ŁKS, rozmawiałem z działaczami o swojej przyszłości. Nie chodziło o pieniądze, a o to, czy klub jest w stanie zbudować drużynę, która w ciągu dwóch sezonów powalczy o czołowe miejsce w lidze. Takiej deklaracji nie otrzymałem. Dlatego zdecydowałem się zmienić barwy. Wybrałem Zagłębie Lubin i jak pokazał czas, była to słuszna decyzja. Zdobyłem mistrzostwo i zagrałem w europejskich pucharach. Jednak, jak wspomniałem wcześniej, na pewno nie prezentowałem się już tak dobrze jak w ŁKS.
 
Przeprowadzce do Lubina towarzyszyły spore emocje. Nie wszyscy w ŁKS mogli się z tym pogodzić. Szczególnie na pieńku miał pan z Tomaszem Hajto, który pełnił w klubie funkcję menedżera. W wywiadach nie szczędziliście sobie wzajemnych złośliwości. Jak obecnie wyglądają wasze relacje?

Świąt ze sobą nie spędzamy, nie dzwonimy również do siebie z życzeniami urodzinowymi. Przez długi czas nie mieliśmy żadnego kontaktu. Zaczęliśmy rozmawiać, kiedy zostałem koordynatorem Akademii Piłkarskiej Pogoni Szczecin. Tomek jest agentem piłkarskim, łączą nas tematy biznesowe. Powspominamy czasem stare czasy, szanujemy się, ale przyjaciółmi nie jesteśmy.
 
Jak trafił pan do ŁKS?

Po rozstaniu z Koroną Kielce, rozpocząłem treningi z zespołem GKS Bełchatów. Wydawało się, że podpiszę umowę, ale rozmowy się przeciągały. Okazało się, że chcieli mnie działacze, prezes, ale niekonieczne trener Orest Lenczyk. Byłem w zawieszeniu. Z propozycją gry w ŁKS zadzwonił do mnie Marek Chojnacki. To była konkretna rozmowa. W tamtym czasie interesowała mnie przede wszystkim stabilizacja. ŁKS mi zaufał, choć do końca nie było wiadomo, jak będę się prezentował, byłem przecież po kontuzji. Okazało się, że grałem regularnie, na dodatek na niezłym poziomie. W Łodzi odbudowałem się, co pozwoliło mi później zrealizować sportowe marzenia. Za to osobom, które we mnie uwierzyły jestem wdzięczny.

Jak układały się pana relacje z ówczesnym prezesem ŁKS Danielem Goszczyńskim?

Bardzo dobrze. Złego słowa o panu Goszczyńskim nie mogę powiedzieć. Wiadomo, że w klubie były zawirowania finansowe, ale prezes starał się płacić pensje na czas. Były kilkudniowe poślizgi z wypłatami, ale kto ich nie miał. Jedyne, na co nie mogliśmy liczyć, to premie za zwycięstwa. Zanim odszedłem do Lubina, spotkałem się z prezesem. Długo rozmawialiśmy. Gdyby wówczas powiedział, że ma wizję, na dalsze funkcjonowanie klubu, walkę o coś więcej, zostałbym w ŁKS. Tego jednak się nie doczekałem. Szefem był natomiast bardzo dobrym.

Na atmosferę w zespole również nie może pan raczej narzekać? Ensar Arifović zdradził, że po zwycięstwach musieliście w komplecie odliczyć się w klubie „Cabaret”.

Jestem już tak stary, że nie pamiętam. Poza tym miałem małą córeczkę, którą musiałem się opiekować (śmiech). Oczywiście, atmosfera była super, ale nie mogło być inaczej. Zebrała się wówczas fajna grupa ludzi, do tego doszły wyniki. ŁKS był beniaminkiem, a wygrywał z czołowymi drużynami. To nas napędzało. Gdyby nie ŁKS, pewnie nigdy nie zdobyłbym tytułu mistrzowskiego z Zagłębiem, nie wystąpił w reprezentacji. Dlatego cieszę się, że klub, po problemach organizacyjno-finansowych, zaczyna piąć się w górę. Mam nadzieję, że wkrótce kibice ŁKS doczekają się podobnych emocji, jakie mogli przeżywać chodząc na mecze drużyny, w której występowałem. Albo i lepszych, czego im życzę.



Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ:

Kto jest większym przegranym sezonu 2016/17?
 Widzew Łódź
 ŁKS Łódź
 » głosuj