Andrzej Ambrożej: Mieliśmy mocną, fajną i zgraną ekipę

Środa, 08 listopada 2017


Były pomocnik został piłkarzem ŁKS w styczniu 1993 roku. W łódzkim klubie występował przez półtora roku, awansując z nim do finału Pucharu Polski, a także zajmując trzecie i czwarte miejsce w rozgrywkach ligowych.



W jaki sposób trafił pan do ŁKS?

Andrzej Ambrożej: Jesienią 1992 roku Jagiellonia, której byłem zawodnikiem, podejmowała łódzki klub. Mecz zakończył się naszą porażką 1:2, ale moja gra musiała spodobać się trenerom ŁKS. Po zakończeniu rundy zadzwonił do mnie Marek Łopiński, później przyjeżdżał do Białegostoku i nakłonił mnie do przeprowadzki do Łodzi. Przyszłość w Jagiellonii przedstawiała się wówczas mało interesująco. Wydawało się, że w ŁKS będzie lepiej, choć później okazało się, że nie zawsze było ciekawie. Drużyna była zdecydowanie lepsza, ale finansowo bywało różnie.

Jak wspomina pan pobyt w Łodzi?

Na początku łatwo nie było. Treningi z ŁKS rozpocząłem w styczniu, żona była wówczas w ciąży z drugim synem. Ze starszym została w Białymstoku, chodziła jeszcze do pracy, więc to był dla niej trudny czas. Po każdym meczu starałem się pojechać do domu, chociaż na kilka godzin, żeby zobaczyć co się dzieje. Później było już łatwiej, chociaż niewiele brakowało, żeby mój pobyt w ŁKS zakończył się po rundzie. Byłem wypożyczony z Jagiellonii na pół roku. Przed rozpoczęciem kolejnego sezonu trwały rozmowy między klubami w sprawie kolejnego wypożyczenia, nie przynosiły jednak żadnego rezultatu. W efekcie pierwszy mecz ŁKS u siebie z Zawiszą Bydgoszcz miałem obejrzeć z trybun, a po nim wracać do Białegostoku. W dniu spotkania zadzwonił do mnie trener Polak, powiedział, żebym przyszedł do klubu. Na godzinę przed rozpoczęciem meczu dowiedziałem się, że wszystko zostało załatwione i jestem w składzie. Strzeliłem wówczas jednego z ładniejszych goli w karierze. Sam się dziwiłem, jak to wpadło (śmiech).

To był najlepszy okres w pana karierze?

Nie był zły. Pod względem sportowym nie ma na co narzekać. Cały czas znajdowaliśmy się w czubie tabeli, awansowaliśmy również do finału Pucharu Polski. To nie był przypadek, że walczyliśmy o wysokie cele. Mieliśmy mocną, fajną i zgraną ekipę.

W nim przegraliście z Legią.

Wynik 0:2 był raczej sprawiedliwy. Zbyt wielu sytuacji sobie w tym meczu nie stworzyliśmy. Legia była wówczas dla nas za silna, mieli lepszy skład. Poza tym finał rozgrywany był na Łazienkowskiej, co też miało duży wpływ na końcowy rezultat.

Jakie wydarzenie z czasów gry w ŁKS utkwiło panu najbardziej w pamięci?

Trzytygodniowy pobyt po zakończeniu sezonu 1992/93 w Stanach Zjednoczonych i Meksyku. Z kilku powodów. Przede wszystkim z zamieszania związanego z decyzjami PZPN. Gramy w pucharach, nie gramy, dochodziły do nas różne wiadomości, a każda inna. Ostatecznie zostaliśmy z nich wykluczeni. Z takich bardziej zabawnych pamiętam, jak podczas spaceru z Jasiem Kaczówką po polskiej dzielnicy w Chicago, podeszła do nas kobieta i zdziwiona spytała: – Jasiu? W odpowiedzi padło: – Mamusia? Była to jego teściowa, która mieszkała w Chicago. Nie powiedział jej, że przyjeżdża. Druga sytuacja była mniej zabawna. Po jednym z meczów mieliśmy lecieć samolotem do Guadalajary. Okazało się, że jest niesprawny. Po kilku godzinach, innym samolotem, dostarczono popsutą część. Gdy dokonano naprawy, poproszono nas, żebyśmy weszli na pokład. Gdy już siedzieliśmy w środku, kazano nam wysiadać i przesiąść się do tego, którym dostarczono brakującą część. Biegaliśmy między samolotami, aż w końcu polecieliśmy tym, w którym dokonano naprawy. Na pokładzie panowała cisza. Nikt nic nie mówił. Pamiętam, że ktoś z zespołu wyjął kamerę i zaczął nagrywać pożegnania. Gdy szczęśliwie wylądowaliśmy wszyscy byli albo bladzi, albo zieloni.
 
Wspomniał pan o wykluczeniu ŁKS z pucharów w 1993 roku. Grał pan w wygranym 7:1 spotkaniu z Olimpią.
 
Dużo osób twierdzi, że ŁKS i Legia musiały wysoko wygrać, to powygrywały. Tym osobom, co wszystko wiedzą, proponuję zapoznać się ze składem Olimpii. Druga drużyna w tabeli grała z ostatnim zespołem, w którego składzie byli niemal sami juniorzy. Oczywiście, mogło to się wydawać podejrzane. Ostatnia kolejka, nasza wysoka wygrana, plus wynik Legii w Krakowie, mocno dziwne. Niby tak, ale przecież graliśmy z osiemnastolatkami. To jaki miał być wynik?
 
Interesuje się pan jeszcze tym, co dzieje się w ŁKS?
 
Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiem wszystko. Trochę czasu minęło od momentu, kiedy grałem w ŁKS. Miejsce w tabeli jednak sprawdzam. Miłe, że w klubie wciąż się o mnie pamięta. Otrzymałem zaproszenie na otwarcie nowej trybuny, niestety nie mogłem przyjechać. Byłem natomiast w Łodzi, gdy trwała jej budowa. Trochę dziwne, że miasto zdecydowało się postawić tylko jedną trybunę. Sporo wiem o tym co się dzieje w ŁKS od chłopaków, z którymi grałem.
 
Z kim utrzymuje pan kontakt?
 
Bliższych raczej nie mamy, bardziej związane są z piłką. Obecnie pracuję w Akademii Jagiellonii, także z niektórymi, którzy również pracują z młodzieżą, spotykamy się podczas meczów. Niedawno widziałem się z Tomkiem Lenartem i Jarkiem Dziedzicem. Na konferencjach dla trenerów spotykam Marka Chojnackiego i Andrzeja Woźniaka. Częstym gościem w Białymstoku jest Tomek Wieszczycki, który komentuje spotkania dla telewizji. Gdy znajdziemy chwilę, powspominamy stare czasy.
 
Fot. Jagiellonia Białystok



DODAJ KOMENTARZ:

SONDA

Kto jest większym przegranym sezonu 2016/17?
 Widzew Łódź
 ŁKS Łódź
 » głosuj