Tytan pracy, kumpel Kazika, oaza spokoju – po prostu Bodzio W.

Środa, 29 listopada 2017


Lepszego debiutu w nowym klubie nie mógł sobie wymarzyć. Wiosną 1997 roku ŁKS wygrał na stadionie Widzewa 1:0, a Bogusław Wyparło był jednym z bohaterów tego spotkania. Z miejsca stał się ulubieńcem fanów zespołu z al. Unii. Dziś Bodzio W. skończył 43. lata.



Wygrane derby Łodzi pomogły zawodnikowi w przyspieszeniu aklimatyzacji w nowym otoczeniu, choć nie było to wcale oczywiste, że w nich wystąpi. – Tydzień przed wyjazdowym spotkaniem z Widzewem przegraliśmy u siebie sparing z Ruchem Chorzów 0:5. Właściciel ŁKS Antoni Ptak rwał sobie włosy z głowy, kogo mu do zespołu sprowadzono. Sparingi to jedna rzecz, a mecze o punkty to zupełnie coś innego. Wygraliśmy, co pomogło mi wejść w nową drużynę i zyskać przychylność kibiców – mówił Wyparło w jednym z wywiadów.

Piłkarze, którzy z nim grali w ŁKS, podkreślają jego odporność psychiczną i pracowitość. – Mega pracowity i ambitny. Na mnie ogromne wrażenie zrobiło to, jak dobrze bronił. Ciężko było mu strzelić gola, nawet na treningu – wspomina Ariel Jakubowski. Zwracają również uwagę na fakt, że rzadko się odzywał. – Cichy, pracowity, oaza spokoju. Mało mówił, ale jak coś powiedział to z sensem. Miał duży posłuch w szatni – podkreśla Dariusz Kłus. Potwierdza to Mariusz Mowlik. – Faktycznie, mało mówił. Głównie słuchał, ale jak już coś powiedział, to konkretnie. W szatni panowała wtedy cisza, nikt nie odważył się mu przerwać – dodaje były pomocnik.

Niektórzy mieli z nim ciężką przeprawę. – Zawsze miły i uprzejmy, choć młodych potrafił opierdolić. Śmiał się przy tym. Czasem się go pytałem: „Boguś, po co ty ich opierdalasz, jak ty się przy tym śmiejesz, i chłopak nie wie, czy dobrze robi, czy źle?”. Nie miał problemu z tym, żeby powiedzieć komuś prosto w twarz, co robi źle. Nie kończyło się tylko na ochrzanianiu, mówił też, co ma robić, żeby było lepiej. Były sytuacje, że po jego słowach chłopaki brali piłki i zostawali po treningach, żeby poćwiczyć dośrodkowania. Rzadko się odzywał, ale jak się odezwał, to niektórym pot po plecach spływał – opowiada Tomasz Kłos.

Kilka takich sytuacji pamięta Jakubowski. – Dużo wymagał od siebie, ale również od innych. Zdarzało się, że dostałem od niego opierdol za to, że za mało uderzam lewą nogą – przyznaje. Choć był lubiany w drużynie, wolał trzymać się na uboczu. – Bardzo ciekawa postać, inny niż większość piłkarzy. Super samochody, kobiety, drogie ubrania, on to wszystko miał w dupie. Po treningach jechał do domu, do żony i dzieci – wspomina Ensar Arifović.

Koledzy z boiska wspominają również o przyjaźni Wyparły z Kazikiem Staszewskim. – Zawsze na głowie miał czapeczkę z napisem Kult. Zwracałem na to uwagę, bo lubię ich muzykę – mówi Jakubowski. – Przyjaciel Kazika Staszewskiego. Gdy koncert odbywał się w Łodzi, to było wiadomo, że Bodzio wcześniej zejdzie z treningu, albo nawet się z niego zwolni – dodaje Kłos. Muzyką, której słuchał, nie katował innych. – W autokarze siedziałem z nim w ostatnim rzędzie. Na uszach miał słuchawki, kiwał głową i śpiewał, że: „Łysy jedzie do Moskwy” – śmieje się Mowlik. O przyjaźni Staszewskiego i Wyparły przekonać się można było podczas koncertu zespołu Buldog, w którym śpiewał Kazik, w pubie Łódź Kaliska. Muzyk wystąpił na scenie w koszulce ŁKS z napisem na plecach – Bodzio W.



Wyparło z ŁKS zdobył tytuł mistrzowski, grał w europejskich pucharach, awansował do ekstraklasy. Zdarzały się również gorsze chwile. Nie miało to jednak wpływu na postrzeganie przez niego klubu z al. Unii. – Zawsze oddany i wierny ŁKS. Płacili, nie płacili, on rzadko narzekał, a jak szedł do działaczy, to raczej po to, żeby upomnieć się o pieniądze dla innych – podkreśla Kłos. Do pewnych rzeczy podchodził z dystansem. Po słowach byłego prezesa Szczepana Miłosza, że musi pójść do okulisty, bo wpuszcza tak dziwne bramki, że chyba niedowidzi, zawodnicy żartowali, że broni na słuch. Gdy na jednym z treningów ŁKS zapowiedział, że karierę w wieku czterdziestu lat zakończy w Stali Mielec, Dariusz Kłus stwierdził w żartach, że to niemożliwe, bo przecież już teraz niedowidzi. „Tu się nie poznali, tam też się nie zorientują.” – odpowiedział w swoim stylu Wyparło. Ostatnie ligowe spotkanie w karierze zagrał w Stali, której jest wychowankiem, mając... 41 lat.

– Pamiętam mecz w pierwszej lidze. Bodzio obronił karnego w ostatniej minucie. Po końcowym gwizdku sędziego, gdy kibice skandowali jego imię, popłakał się. Wtedy uświadomiłem sobie, że ten facet ma ŁKS w sercu. On, który grał mecze ligowe na najwyższym poziomie, w europejskich pucharach przeciwko Manchesterowi United, popłakał się na zapleczu ekstraklasy po obronionym karnym. To właśnie Bodzio. Nic dodać, nic ująć. Dzielenie z nim szatni było dla mnie zaszczytem – zaznacza Damian Nawrocik.



Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ:

SONDA

Który z klubów wywalczy awans?
 ŁKS Łódź
 Widzew Łódź
 ŁKS i Widzew
 Żaden
 » głosuj