Tomasz Kłos: Po mistrzostwo wprost z samolotu

Sobota, 09 grudnia 2017


Były reprezentacyjny obrońca trafił do ŁKS z Boruty Zgierz latem 1995 roku. Od razu wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie. Z łódzkim klubem, w którym rozegrał 133 spotkania w najwyższej klasie rozgrywkowej, wywalczył tytuł mistrzowski.



Jak wspomina pan ŁKS?

Tomasz Kłos: Bardzo dobrze. W tym klubie rozpoczęła się moja przygoda z piłką na wyższym poziomie. Najpierw podpisałem roczną umowę, która została przedłużona. Za prezesa Antoniego Ptaka zdobyłem pierwsze mistrzostwo Polski. Mieliśmy wówczas super drużynę, w której może nie było wielkich nazwisk, ale tworzyliśmy naprawdę zgrany zespół. Po trzech latach pobytu w ŁKS otrzymałem propozycję z Francji i odszedłem. Z tym transferem wiąże się kilka historii.

Może pan o nich opowiedzieć?

Dwa dni przed decydującym o mistrzostwie spotkaniu z KSZO, pojechałem do Auxerre, wybierać sobie dom. Mecz w Ostrowcu był w sobotę o szesnastej, a ostatni lot do Polski w piątek o 21. Na lotnisku okazało się, że samolot, którym miałem lecieć, jest zepsuty. Następny dopiero o dziesiątej rano. Wiadomo było, że do Łodzi już nie zdążę. Zabrano mój sprzęt, a na lotnisko w Warszawie klub wysłał samochód z kierowcą, który miał mnie dowieźć na mecz. Oczywiście, jak to bywa w takich przypadkach, samolot był opóźniony. Nie wiem z jaką prędkością jechaliśmy, ale na godzinę przed rozpoczęciem spotkania byłem w Ostrowcu. Wygraliśmy i mogłem razem z drużyną świętować mistrzostwo. Dzień później do Tuszyna, gdzie urzędował pan Ptak, przyjechali działacze Auxerre, podpisać umowę. Pan Indraszczyk, główny księgowy prezesa Ptaka, na spotkanie dotarł w kaloszach. Wydawało się, że wszystko jest dogadane, ale pojawiły się rozbieżności. Ostatecznie doszło do podpisania umowy. Może dlatego, że prezesi obu klubów mieli zaplanowane inne spotkania (śmiech).

Wspomniał pan o prezesie Antonim Ptaku. Za jego rządów ŁKS nie miał żadnych problemów finansowych.

Ten okres mógł trwać wiele lat. Nie popisali się jednak miejscy włodarze. Wiadomo, że jeśli ktoś daje pieniądze, to chce również mieć coś w zamian. Prezes Ptak liczył na ziemię od miasta. Sądzę, że gdyby ją wówczas otrzymał, to być może do dziś byłby sponsorem ŁKS, a klub miałby od dawna cały stadion. Wywalczył mistrzostwo, a w zamian nie otrzymał nic. Teraz, jeśli ktoś wspomni przy nim o piłce, może liczyć na sporą burę.

Prezes Ptak lubił dokonywać roszad na stanowisku pierwszego trenera. Nie mieszało się wam od zmian Polak – Dziuba, Dziuba – Polak?

Przyzwyczailiśmy się do tego. Najważniejsze, że zdało to egzamin. Trenerzy nawzajem się uzupełniali. Trener Ryszard Polak był spokojniejszy, a Marek Dziuba lubił wypuszczać młodych zawodników, potrafił również krzyknąć. Co ciekawe mieli być na okres kilku spotkań, do czasu znalezienia przez klub trenera. Tak jednak wszystko zaskoczyło, że grupa piłkarzy poszła do prezesa Ptaka z prośbą, by nie szukał szkoleniowca. Jak się później okazało, pozostawienie trenerów zaowocowało mistrzostwem Polski.

Miał pan również okazję współpracować z trenerem Leszkiem Jezierskim.

Lubił ciężką pracę, dawał mocno w kość, ale nie śmiać się na treningach z jego powiedzonek, było niemożliwe. Gdy spotykamy się z chłopakami ze starej ekipy, to cały czas wspominamy teksty trenera Jezierskiego. Oczywiście niektórych zajęcia z trenerem kosztowały zdrowie, ale taką miał zasadę. Pamiętam jedno z jego powiedzeń: „Jeśli często łapiesz kontuzje, to znaczy, że nie możesz w piłkę grać. Piłka jest dla ludzi o mocnych kościach”.

Na początku 2007 roku wrócił pan do ŁKS.

Z sentymentu. Dzięki ŁKS wybiłem się do wielkiej piłki, chciałem się odwdzięczyć. Nie żałuję, choć nie był to łatwy okres. Zamiast pieniędzy, które z klubu w szybkim tempie wyparowywały, były obiecanki. Atmosfera w zespole była jednak rewelacyjna. Wspieraliśmy się w tych ciężkich chwilach. Dla nas najlepszą odskocznią od problemów były mecze. Co ciekawe, nikt za bardzo nie chciał wtedy z klubu odchodzić. Mało tego, przychodzili nowi piłkarze, często o znanych nazwiskach wiedząc, że z wypłatami bywa różnie. Oczywiście czasem straszyliśmy, że nie wyjdziemy na trening czy nie pojedziemy na mecz, ale w ten sposób chcieliśmy wywrzeć presję na władzach klubu. Nigdy nie zasłanialiśmy się brakiem wypłat, zawsze walczyliśmy o zwycięstwo. Wspomnieć należy również o wsparciu ze strony kibiców, którzy byli zawsze z nami.

Żałuje pan czegoś z okresu spędzonego w ŁKS?

Piłkarsko nie. Mam dobre wspomnienia związane z ŁKS, poza jednym – uraz kręgosłupa. Nabawiłem się go dzień przed meczem w Poznaniu, który decydował o naszym utrzymaniu w ekstraklasie. Nie mogłem w nim zagrać. Na szczęście wygraliśmy 2:1. Fizycznie czułem się dobrze, gdyby nie ten kręgosłup mógłbym jeszcze z dwa lata pograć. Zakończenie kariery przyspieszyła również propozycja Daniela Goszczyńskiego, żebym został w klubie dyrektorem sportowym. Nowe wyzwanie, zgodziłem się. Niestety tego okresu nie wspominam dobrze. Zostaliśmy skrzywdzeni przez PZPN, który nie przyznał nam licencji. Do dzisiaj mnie to boli. To, że ŁKS miał długi, to jedna sprawa, ale wówczas niektóre kluby były w gorszej sytuacji finansowej i nic im się nie stało.



Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ: