Robert Szczot: Bez ŁKS nie byłoby mnie w ekstraklasie

Środa, 27 grudnia 2017


Gdy jechał na testy do łódzkiego klubu, kontrakt czekał na innego zawodnika. W meczu z Wisłą Płock wypadł jednak na tyle dobrze, że działacze zmienili zdanie. Robert Szczot rozegrał w barwach ŁKS 33 spotkania ligowe, w których zdobył cztery bramki.



W jaki sposób trafił pan do ŁKS?

Robert Szczot: Grając w Śląsku Wrocław zostałem zauważony przez menedżera Arkadiusza Klimasa, byłego zawodnika ŁKS, który zaproponował mi testy w łódzkim klubie. Przyjechałem, chociaż wydawało mi się, że szanse na podpisanie umowy mam niewielkie. Kontrakt był już przygotowany, ale dla Huberta Robaszka. Razem wystąpiliśmy w spotkaniu Puchary Ekstraklasy przeciwko Wiśle w Płocku. Przegraliśmy po bramce Sławka Peszki, ale wypadłem na tyle dobrze, że prezes Daniel Goszczyński i menedżer Tomasz Hajto zaproponowali mi kontrakt, a zrezygnowali z Huberta. Radość była ogromna, ale w sumie krótka. Przyplątała się kontuzja i do gry zdolny byłem dopiero w samej końcówce sezonu. Zaliczyłem tylko dwa mecze ligowe.

Kolejny sezon był zdecydowanie lepszy.

W każdym spotkaniu grałem praktycznie od pierwszej minuty i to chyba całkiem nieźle. Dla mnie było to spore przeżycie. Miałem wtedy co prawda 25 lat, więc jak na piłkarza stary chłop, ale dla mnie to były początki kariery. Tak naprawdę dopiero w wieku dziewiętnastu lat miałem możliwość kopnięcia piłki na wyższym poziomie rozgrywkowym. Wcześniej tłukłem się po A-klasach. W 2001 roku zostałem zaproszony przez Śląsk na testy. W meczu z Polarem Wrocław zagrałem pół godziny, a zrobiłem więcej niż niektórzy przez dziewięćdziesiąt minut. Od tego momentu dopiero zaczęła się moja prawdziwa przygoda z piłką. Dzięki ŁKS nabrała tempa.

W sezonie 2007/08 rozegrał pan 27 spotkań ligowych. Które zapamiętał pan najbardziej?

Z GKS Bełchatów w rundzie wiosennej. Tego dnia urodził się mój syn. Zdobyłem w tym meczu bramkę i mogliśmy zrobić dla niego kołyskę.

A spotkanie z Legią w Warszawie?

To wspomnienie akurat miłe nie jest, choć bardzo dużo mnie nauczyło. Dowiedziałem się, na kogo tak naprawdę mogę liczyć. Niekoniecznie na osoby, które przez długi czas udawały moich przyjaciół, a po tym meczu odwróciły się ode mnie. Prowadziliśmy po golu Adamskiego, a ja w 33 minucie zarobiłem czerwoną kartkę. Arbiter podjął dwie decyzje, obie krzywdzące nasz zespół. Po pierwsze nie uznał prawidłowo zdobytej przeze mnie bramki, odgwizdując spalonego, i jeszcze ukarał mnie żółtą kartką. Chwilę później otrzymałem drugą i mecz się dla mnie zakończył. Przegraliśmy 1:2, a mnie obarczono winą za niekorzystny wynik. Przykre było to, że niektórzy piłkarze i trener Jabłoński nie powiedzieli mi tego wprost w szatni, tylko do mediów. Wówczas największą wyrozumiałością wykazał się prezes Goszczyński. Za co jestem mu ogromnie wdzięczny.

Bronił pana?

Przede wszystkim nie zamierzał podejmować względem mnie żadnych pochopnych decyzji. Przeprowadziliśmy rozmowę, powiedział co myśli, ja opowiedziałem jak sytuacja wyglądała z mojej perspektywy. Na jego prośbę po trzech dniach zostałem przywrócony do pierwszego zespołu, bo trener Jabłoński już na konferencji w Warszawie ogłosił, że jestem przesunięty do rezerw. Przed kolejnym meczem z Cracovią, w którym znalazłem się w podstawowej jedenastce, podszedł do mnie szkoleniowiec i stwierdził, że zapominamy o tym co było. Poprosiłem go wówczas, żebym podczas wykonywania przez rywali stałych fragmentów gry mógł stać poza naszym polem karnym. Bałem się, że piłka odbije mi się od ręki, a wtedy chyba skończyłoby się to linczem.

Po sezonie odszedł pan z ŁKS.

Interesowali się mną działacze z kilku klubów, ale za bardzo nie chciałem się ruszać z Łodzi. W ŁKS była wówczas trudna sytuacja finansowa i poproszono mnie, żebym jednak wybrał którąś z ofert, a najlepiej Jagiellonii Białystok. Oferowali za mnie najlepsze pieniądze. Z tego co pamiętam ŁKS otrzymał 650 tysięcy złotych, co poprawiło nieco jego kondycję finansową. Sytuacja była wówczas ciężka, chociaż czasem bywało zabawnie. Nie było wypłaty, to przychodził do szatni Breisktas i obiecywał złote góry. Pojawiały się również opowieści o bogatych szejkach. Ciągle coś się działo.

Pod względem sportowym nie miał pan raczej na co narzekać?

Jako chłopak z małej miejscowości jestem ogromnie wdzięczny ŁKS, że dał mi szansę zaistnieć w poważniejszej piłce. Wydaje mi się, że ją należycie wykorzystałem. Bez ŁKS nie byłoby Szczota w ekstraklasie. Doświadczenie, które zdobyłem w tym klubie, pozwoliło mi później grać na naprawdę wysokim poziomie. Bez ŁKS nie byłoby również kilku transferów. Bardzo fajny okres w mojej karierze.

Po trzech latach wrócił pan do Łodzi. Tak dobrze już nie było.

Byłem w gazie, żartowałem, że sam będę wygrywał mecze. Niestety przed sezonem złapałem kontuzję. Podleczyłem uraz, ale tylko na tyle, że wystąpiłem w zaledwie jednym spotkaniu ligowym. Potrzebna była operacja. Do zdrowia wracałem przez trzy miesiące. Zapierdzielałem wtedy na siłowni, ludzie mówili, żebym trochę odpuścił, bo się zajadę. Nie odpuściłem, chciałem wrócić jeszcze mocniejszy. Było dobrze, ale znowu dopadł mnie pech. Wiosną wystąpiłem w trzech meczach. W spotkaniu z Legią zrobiłem wślizg, kolano się wygięło i koniec sezonu. Druga operacja, po której nigdy się już nie podniosłem.

ŁKS spadł wówczas z ligi. Nie było szans na uratowanie ekstraklasy?

Patrząc na nazwiska, mieliśmy mocną ekipę. Saganowski, Bonin, Mięciel, Łobodziński, Iwański, Łukasiewicz, można by wymieniać i wymieniać. W klubie było jednak wówczas za dużo negatywnych rzeczy. Pieniędzy nie było w ogóle, były natomiast niespełnione obietnice. Sponsorzy stali tuż za rogiem, ale nigdy żaden z nich nie dotarł na stadion przy al. Unii. Ówczesnych właścicieli prowadzenie klubu przerosło. Atmosfera w szatni była dobra, ale relacje z działaczami już niekoniecznie. Do tego dochodziły ciągłe zmiany trenerów. Ciężko było coś ugrać.

Interesuje się pan tym co się dzieje obecnie w ŁKS?

Oczywiście. Często dzwonię do Jacka Żałoby. Uważam go za bardzo dobrego kierownika drużyny, jednego z najlepszych w Polsce. Zawsze wszystko miał pod kontrolą. Do dziś pamiętam sytuację z początków gry w ŁKS, kiedy z długich spodni chciałem zrobić krótkie. Jeszcze dobrze nie złapałem nożyczek, a już obok mnie pojawił się kierownik ochrzaniając, że niszczę sprzęt. Nie powiem, wystraszyłem się go wówczas. Okazał się bardzo sympatyczną osobą. Pozdrawiam go serdecznie. Wyniki ŁKS śledzę na bieżąco. Po rundzie jesiennej wygląda to w miarę dobrze i trzymam kciuki, żeby wiosna była równie udana. Liczę na to, że ŁKS w tym sezonie awansuje do pierwszej ligi, a w niedługim czasie do ekstraklasy.

Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ: