Marek Chojnacki: Paulinho? Wieczny płaczek

Wtorek, 13 marca 2018


Były piłkarz i trener ŁKS udzielił wywiadu portalowi "Łączy Nas piłka". Marek Chojnacki opowiada w nim m.in. o swoich początkach przy al. Unii, słynnym meczu z Olimpią Poznań, a także obecnym zawodniku FC Barcelony – Paulinho, którego trenował w łódzkim klubie.



Na początku swojej przygody z piłką Chojnacki marzył, żeby zagrać w ŁKS. Trafił do niego w 1978 roku. – Kurczę, mając 12 czy 13 lat każdy chciał być takim piłkarzem, jak Mirek Bulzacki czy Janek Tomaszewski! Patrząc wstecz, mieliśmy mnóstwo fantastycznych zawodników, ale lata 70. były czymś niesamowitym. Ulice wymierały, gdy był mecz. Nie spodziewałem się, że po kilku latach będę miał okazję zagrać w juniorskiej reprezentacji Polski, co otworzyło mi drzwi do szatni pierwszego zespołu ŁKS. Dzięki temu udało mi się uniknąć służby wojskowej, czyli dwóch lat wyjętych z życiorysu – opowiada.

Początki przy al. Unii do najłatwiejszych nie należały. – Na barkach młodego spoczywały wszystkie obowiązki. Szokiem był pierwszy obóz, na który pojechałem z ŁKS. Najmłodsi byli dyżurnymi, starszyzna patrzyła i nawet trochę gnębiła. Trafiłem do pokoju z Markiem Dziubą, Heńkiem Miłoszewiczem i Jankiem Tomaszewskim. Tego ostatniego pamiętałem z czasów szkolnych, gdy odwiedził moją podstawówkę. Do dziś mam zdjęcie z autografem, które wtedy dostałem. A tu nagle trafiłem z nim do jednego pokoju… Nie było lekko. Młody musiał sprzątać, słać łóżka, ostatni schodzić na posiłki. Zapamiętałem też wodę gazowaną, bo na zgrupowaniu mieliśmy tylko taką. Trzeba było wszystkie butelki odgazować, a kto to miał zrobić, jeśli nie ja? Nie zawsze udawało się wszystko zjeść, bo żartów nie brakowało. Koledzy albo „doprawiali” zupę maggie, albo nawrzucali tonę pieprzu. Jak dostałem jabłko, to z wykałaczkami lub zapałkami w środku. Jak zabrakło chrzanu, to Janek Tomaszewski napchał bułki do miseczki i mnie tym poczęstował. Cała drużyna darła ze mnie łacha. Dziś może się to wydawać śmieszne, ale było bardzo ciężko. Chodziłem w mokrych ciuchach, bo w zimie do suszenia mieliśmy tylko jeden kaloryferek, a wiadomo, kto miał pierwszeństwo. Jeżeli po morderczych treningach Leszka Jezierskiego człowiek miał jeszcze sprzątać, nosić sprzęt, a do tego nie dojadał, to nie może dziwić, że po kilku dniach chciałem stamtąd uciekać – wspomina Chojnacki.

Zapytany o piłkarzy z ogromnym talentem, którego nie wykorzystali, były pomocnik wymienił trzy nazwiska. – Dwóch niestety już z nami nie ma, a mam na myśli Witka Wenclewskiego i Adama Grada. Piłkarskim ojcem tego pierwszego był Zygmunt Gutowski, wspaniały człowiek i trener. Zawsze mówił o Witku, że miał wszystko, by zrobić karierę, ale niestety gdzieś zbłądził. Adam był z kolei bardzo blisko reprezentacji, obdarzony niesamowitym talentem, ale też troszkę się zagubił. Kolejnym był Krzysztof Baran, który przyszedł do nas z Gwardii Warszawa. W ostatniej chwili wypadł z kadry na mistrzostwa świata w 1982 roku, mój przyjaciel, trzymaliśmy się bardzo blisko.

Nie zabrakło również pytania o Paulinho, obecnie piłkarza FC Barcelony. – Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że zrobi aż taką karierę. To był wtedy młodziutki chłopak, cały czas narzekał. A to trudne warunki, a to coś go boli, a to coś się stało – wieczny płaczek. Ktoś go delikatnie kopnął, już był problem. Trzymali się we trzech, z Andresonem i Vianą. Potem wrócił do Brazylii i świetnie się rozwinął, myślę, że trochę doświadczenia z Polski wywiózł – stwierdził Chojnacki.

Więcej na portalu Łączy nas piłka.

Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ: