Rafał Niżnik: Mam duży sentyment do Łodzi

Czwartek, 15 marca 2018


Do ŁKS trafił z Okocimskiego Brzesko latem 1995 roku. Z łódzkim klubem wywalczył tytuł mistrza Polski, dzięki czemu mógł zagrać przeciwko Manchesterowi United w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Po kilku latach wrócił do Łodzi i pomógł ŁKS awansować do ekstraklasy. W najwyższej klasie rozgrywkowej Rafał Niżnik rozegrał 148 spotkań, w których zdobył 19 bramek.



Jak znalazł się pan w ŁKS?

Rafał Niżnik: Byłem zawodnikiem drugoligowego Okocimskiego Brzesko. Dobrze nam szło w rozgrywkach i przy lepszej jesieni mogliśmy nawet pokusić się o awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Oczywiście nie było tam warunków na to, żeby myśleć o występach w ówczesnej pierwszej lidze. Po sezonie mój menedżer Staszek Baczyński zaproponował testy w ŁKS. Wypadły dla mnie pomyślnie i podpisałem kontrakt.

Przenosiny do Łodzi odbyły się bez większych problemów? Wcześniej grał pan w klubach z małych miejscowości.

Nie ukrywam, był to dla mnie duży przeskok. Zaczynałem w Uhercach, później Dębice i jeszcze mniejsze Brzesko. Nie było jednak tak źle.

Trudne były pierwsze dni w nowej szatni?

Było sympatycznie. Zaszło wówczas dużo zmian w zespole, dlatego nie odczułem tego, że jestem nowym zawodnikiem w tym towarzystwie. W drużynie było sporo młodych chłopaków, dlatego było mi zdecydowanie łatwiej się zaaklimatyzować. Szybko wywalczyłem miejsce w podstawowym składzie, ale musiałem ciężko pracować, żeby się w nim utrzymać.

W trzecim sezonie gry w ŁKS świętował pan mistrzostwo Polski. Jak pan wspomina prezesa Antoniego Ptaka i ówczesny zespół?

Fajnie było grać za rządów Antoniego Ptaka, jeśli chodzi o sprawy finansowe. Może nie były to wysokie kontrakty, ale wszystko było realizowane w stu procentach. W tamtych czasach różnie z tym bywało. Niektóre kluby oferowały zdecydowanie większe pieniądze, które nie były później wypłacane. Pod tym względem u pana Ptaka wszystko było realizowane co do grosza. Mieliśmy mocny, wyrównany skład, co zaowocowało zdobyciem mistrzostwa.

W eliminacjach do Ligi Mistrzów trafiliście na Manchester United.

Różnica między nami na pewno była spora. Wiadomo, że każdy z nas przystępując do meczu chciał go wygrać, ale nie byliśmy w stanie. Pierwsze wyjazdowe spotkanie chyba przegraliśmy już w głowie. Widząc jacy są silni, szybcy i wyszkoleni technicznie, to dużo nam brakowało, żeby z nimi powalczyć. Chociaż wstydu nie przynieśliśmy. Tam przegraliśmy 0:2, a u siebie zremisowaliśmy bezbramkowo. W rewanżu mogłem nawet wpisać się na listę strzelców. Byliśmy jedynym zespołem w tamtej edycji Ligi Mistrzów, który w meczu z Manchesterem United nie stracił bramki. Oni wówczas wywalczyli potrójną koronę, byli nie do zatrzymania.

Pół roku później przeniósł się pan do Danii.

Z ŁKS odeszło sporo piłkarzy, w ich miejsce przyszli młodzi, niedoświadczeni. Nie ukrywam, że chciałem spróbować czegoś innego. Nadarzyła się okazja i z niej skorzystałem. Byliśmy na zgrupowaniu w Portugalii, gdy działacze Broendby zaproponowali mi testy. Trenowałem z nimi trzy dni, rozegrałem sparing i wróciłem do ŁKS. Po trzech tygodniach byłem zawodnikiem duńskiego klubu.

Z Broendby wywalczył pan tytuł mistrzowski. Łatwiej było niż z ŁKS?

Podobnie, chociaż mogło być różnie. Po rundzie jesiennej mieliśmy dziewięć punktów przewagi, którą roztrwoniliśmy. W ostatnim meczu z FC Kopenhagą remis dawał nam mistrzostwo Danii. Takim wynikiem się zakończył i mogliśmy świętować.

Po kilku latach wrócił pan do ŁKS. To był już zupełnie inny klub.

Przede wszystkim graliśmy na zapleczu ekstraklasy. Jeśli chodzi o infrastrukturę, to nic się nie zmieniło. Można powiedzieć, że wróciłem na stare śmieci. Ale przyznam, że było miło wrócić. Awansowaliśmy do ekstraklasy, w której w barwach ŁKS rozegrałem jeszcze rundę jesienną. Zimą pojawiła się konkretna oferta z Górnika Łęczna. W ŁKS zaczęły się wówczas problemy, niedomówienia, więc z niej skorzystałem.

Jak pan wspomina pobyt w Łodzi?

Mam duży sentyment do Łodzi, o której zawsze będę mówił tylko same dobre rzeczy. Moja żona pochodzi z tego miasta, jedno z naszych dzieci się tu urodziło. Zresztą od trzech lat mieszkamy w Łodzi.

Przychodzi pan na mecze ŁKS?

Tak. Ostatnio byłem na spotkaniu z Gryfem Wejherowo. Uważam, że zespół ŁKS wcale w nim źle nie zagrał. Wiadomo, jak się gra z ostatnią drużyną w tabeli. Gdyby mieli trochę więcej szczęścia pod bramką, na pewno by wygrali. Chociaż wydaje mi się, że zagrali trochę zbyt asekuracyjnie, jak na spotkanie u siebie.

Brakuje ŁKS takiego piłkarza w linii pomocy jak Rafał Niżnik?

Może bardziej napastnika.

Gra pan w zespole oldbojów ŁKS. Występuje w nim również prezes Tomasz Salski. Jak ocenia pan jego umiejętności piłkarskie?

Solidny zawodnik. Złego słowa o jego umiejętnościach nie mogę powiedzieć. Jakiś czas temu stworzyliśmy zespół, z którym graliśmy w rozgrywkach o Puchar Polski. Tomek naprawdę był wzmocnieniem tej drużyny.

Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ: