Boniek: Kierowca ciężarówki uratował mój transfer do Widzewa

Piątek, 06 kwietnia 2018


Zbigniew Boniek został piłkarzem Widzewa w wieku 19 lat. Z łódzkim klubem dwa razy świętował mistrzostwo kraju. Mało jednak brakowało, a mógłby nigdy nie zagrać w czerwono-biało-czerwonych barwach. Wszystko przez awarię samochodu.



Boniek trafił do Widzewa latem 1975 roku. – W końcówce sezonu 1974/1975 grałem w swoim Zawiszy Bydgoszcz przeciwko Lechii Gdańsk. Nasz rywal walczył z Widzewem o awans do pierwszej ligi. Na spotkanie przyjechał prezes RTS-u Ludwik Sobolewski wraz ze Stefanem Wrońskim. Chcieli przypilnować, aby na boisku nic dziwnego się nie zdarzyło. Cóż, takie to wtedy były czasy w polskiej piłce. Przegraliśmy 0:1, a ja nie wykorzystałem karnego w ostatniej minucie. Dzień po spotkaniu przyszli do mnie do domu, akurat wróciłem z zajęć w liceum. Powiedzieli, że chcą mnie wziąć, jak Widzew wejdzie do pierwszej ligi. Po tygodniu awans był zapewniony, wrócili więc i mnie przekonali – wspomina obecny prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Transfer do łódzkiego klubu mógł jednak nie dojść do skutku. – Moje przejście do Widzewa wisiało zresztą na włosku. Na ostateczne rozmowy do Łodzi ojciec wiózł mnie z Bydgoszczy wysłużonym wartburgiem. Gdzieś pod Włocławkiem auto zepsuło się. Po kilku minutach zatrzymał się przypadkowy kierowca ciężarówki i naprawił nam tego wartburga. Co by było, gdyby się nikt nie zatrzymał? Pewnie wróciłbym do Bydgoszczy i nie wiadomo, czy podpisałbym kontrakt z Widzewem. Życiem często rządzą przypadki, nieprzewidywalne sploty różnych okoliczności – opowiada Boniek.

80-krotny reprezentant Polski był gwiazdą Widzewa. Nie miał jednak problemów z normalnym poruszaniem się po ulicach Łodzi. – Teraz jest internet, Twitter, Facebook, telewizja. Wtedy nie było tych czterech głównych czynników, dzięki którym człowiek staje się znany. Więc można było spokojnie chodzić ulicą, oczywiście, czasem ktoś poznał, przywitał się. Ale wszystko z dystansem, kulturą – podkreśla.

W latach osiemdziesiątych piłkarze mogli liczyć na specjalne przywileje. – Jak chcieliśmy pobawić się po meczu, a lubiliśmy to robić, zazwyczaj chodziło się na prywatkę do znajomych. Choć muszę przyznać, że magia wielkiego Widzewa pomagała. Na przykład podczas stanu wojennego, gdy władze wprowadziły godzinę milicyjną. Dla młodszych czytelników: między 22 a 6 rano nie można było swobodnie przemieszczać się po ulicach. I na to znaleźliśmy jednak sposób. Jak człowiek się zasiedział, dzwonił po pogotowie ratunkowe. Przyjeżdżało, większość personelu znała nas, to byli nasi kibice. Po kolei kładliśmy się w karetce i każdy był odwożony do domu. Oczywiście, pierwszeństwo mieli potrzebujący pomocy medycznej, ale skoro ulice były opustoszałe, to nie było do kogo jeździć – mówi Boniek.

Nie było również tak dużych podziałów, jak obecnie, między kibicami ŁKS i Widzewa. – Co poniedziałek spotykaliśmy się, piłkarze Widzewa i ŁKS-u, w budynku NOT-u. Tam była knajpa, w której podawano najlepsze w mieście śledzie w śmietanie. Byłem kibicem hokeja, więc regularnie pojawiałem się na meczach ŁKS-u. Już jako widzewiak. Siedziałem razem z kibicami ŁKS-u i kibicowałem ŁKS-owi. Po prostu lubiłem hokej. Adam Kopczyński, Jerzy Potz, Walery Kosyl, Józef Stefaniak – wszyscy olimpijczycy. Teraz jakby ktoś z Widzewa zrobił to samo, co ja ponad trzydzieści lat temu, w najlepszym razie wyrzucono by go z hali. Nie rozumiem tego, że dziś boisko tak bardzo może dzielić ludzi – dziwi się Boniek.

Całą rozmowę ze Zbigniewem Bońkiem można przeczytać w „Skarby Miasta Łódź 2018”. To kompendium wiedzy o wszystkich łódzkich drużynach piłkarskich.

Kup już teraz Skarby Miasta - Łódź 2018

Fot. Cyfrasport



DODAJ KOMENTARZ: